Coals Coals 51:100 Golden Age Warriors Golden Age Warriors

Grupa: B Kolejka: 2 poniedziałek,20 lipca 18:30 Obserwator: Cypek Uwagi: Chorzów, Orlik, ul. Kościuszki
1 kw. 2 kw. 3 kw. 4 kw. Wynik końcowy
Coals 4 18 28 51 51
4 14 10 23
Golden Age Warriors 25 50 76 100 100
25 25 26 24

POSZŁY KONIE PO... TARTANIE! ?

Już kilka minut przed rozpoczęciem było wiadomo, że to spotkanie nie będzie należało do tych typowych. Węgielki zameldowały się na boisku w pełnym składzie, natomiast Golden Age Warriors rozpoczęli mecz w zaledwie pięcioosobowym zestawieniu. I choć mówi się, że najważniejsze to zacząć, to w tym przypadku równie ważne było... doczekać na resztę.

Pierwsze minuty były równie ospałe jak poniedziałkowy poranek. Na inauguracyjne punkty przyszło czekać dobre kilka minut, a kiedy gra w końcu nabrała tempa, gospodarze szybko ugrzęźli na pierwszym zakręcie. Na szczęście zawodnicy z Rudy Śląskiej mają swoją specyfikę – zamiast zegarkami posługują się kalendarzami. Schodzą się długo, ale skutecznie. Pospolite ruszenie potrzebuje czasu, jednak gdy na boisku pojawili się Boogie i Kuba, wszystko zaczęło się układać. Boogie wniósł pomysł na grę, Kuba energię, a ich wejście przypominało solidny prawy sierpowy, po którym Węgielki do końca pierwszej kwarty długo szukały równowagi.

Druga kwarta rozpoczęła się od powrotu podstawowych zawodników Golden Age Warriors i przez moment można było odnieść wrażenie, że historia zatoczy koło. Z każdą minutą na boisko docierali jednak kolejni spóźnialscy i pod koniec pierwszej połowy Warriors dysponowali już dziesięcioosobową rotacją. Wtedy za organizację gry wziął się koszykarsko safandułowaty kolega Krzysztof Ziaja. O ile celownik nadal pozostawiał sporo do życzenia, o tyle w rozgrywaniu piłki wyznaczył kierunek, za którym chętnie podążyli pozostali koledzy z drużyny.

Po stronie Węgielków coraz wyraźniej było widać brak konkretnego pomysłu na grę. Ratunkiem w drugiej kwarcie okazały się cztery celne rzuty zza łuku, w tym dwa autorstwa Patryka Mularskiego, oraz nieustępliwość Pawła Pasternoka, który swoją walecznością starał się ratować zespół przed bezpunktową kwartą.

Po przerwie Golden Age Warriors powinni chyba oficjalnie zmienić nazwę na San Antonio Ages. Piłka krążyła między zawodnikami, a liczba podań mogłaby przypaść do gustu nawet Greggowi Popovichowi. Problem polegał jedynie na tym, że czasami po tej całej wymianie brakowało zawodnika, który zdecydowałby się zakończyć akcję celnym rzutem.

Czwarta kwarta miała już charakter klasycznych dożynek. Emocje zdążyły opaść, wynik był praktycznie rozstrzygnięty, a obie drużyny skupiły się głównie na spokojnym doprowadzeniu spotkania do końca.

Na indywidualne wyróżnienie zasługują przede wszystkim Mateusz Ludwin, autor aż 128 punktów swojej drużyny, oraz profesor koszykówki Bartosz Bogacki, którego doświadczenie i boiskowa inteligencja ponownie były widoczne niemal w każdej akcji.

Po stronie Węgielków najwyższą ocenę przyznaję Dariuszowi Wojciechowskiemu. Nie dlatego, że zdobył najwięcej punktów czy popisał się najbardziej efektownymi akcjami, ale dlatego, że przez cały mecz dawał przykład właściwej postawy. Kiedy miał siły – wracał do obrony. Kiedy ich brakowało – prosił o zmianę. Nie gestykulował po nieudanych akcjach, nie rozliczał kolegów z błędów, nie obrażał się za niewykorzystane podania. Po prostu robił swoje. A właśnie od takich rzeczy zaczyna się prawdziwe przywództwo.

Mam jednak nieodparte wrażenie, że to spotkanie mogło dostarczyć zdecydowanie więcej emocji, gdyby od samego początku na boisku zameldowały się dwie kompletne drużyny. Tymczasem przez sporą część meczu oglądaliśmy z jednej strony zespół, a z drugiej... zbiór wolnych elektronów, które dopiero z biegiem czasu zaczęły tworzyć prawdziwy kolektyw.

MECZ ZAKOŃCZYŁ SIĘ W PRZYJAZNEJ ATMOSFERZE.


Galeria